Home | Reviews | Excerpts | Pictures | Q&A | People Index | Place Index | Map | Po Polsku | Contacts



Recenzje




O. Andrzej Guryn, Gazeta, Montreal

        Gazeta Nr.37 12-18 Wrzesień 1997

        (przedpublikacyjna recenzja)

„ Bez wódki”

 
Tytuł wspomnień Aleksandra Topolskiego (Without Vodka, Chelsea 1997, nakładem autora, ss.385) może czytelnikowi wydąć się dziwny.  Wyjaśnienie znajdzie w powiedzeniu „sowieckiego żołnierza w pociągu do Krasnowodska:, stanowiącym motto książki: Nu, eto ne naszego uma dielo.  Bez wodki nie rozbieroszsia: (s.iv).  Po polsku znaczy to: „No, to nie na nasz rozum.  Bez wódki nie połapiesz się.  Powiedzenie to zresztą musiało być popularne w sowieckiej armii owych czasów, bo jako 7-letni chłopiec często słyszałem je z ust stacjonujących u nas wczesną wiosną1941 roku trzech „mlodszych lejtienantow”.

            „Bez wódki” stanowi nową, bardzo interesującą pozycję, wzbogacającą obfitą już lagrową literaturę.

            Posłowie (Postscript, s. 383-384)  i notka biograficzna na końcu książki (About the Author, s.385) zapoznaje czytelnika z niebanalnym życiorysem autora.  Dowiadujemy się mianowicie, że B.Aleksander Ogończyk-Topolski urodził się 19 lutego 1923 roku a Nakle.  Był najmłodszym z trojga dzieci Aleksandra Mikolaja Ogończyka-Topolskiego, dyrektora gimnazjum, i Henryki Marii Kijas.  Dzieciństwo upłynęło mu w Prużanie na Polesiu i w Horodence, miasteczku leżącym na południowo-wschodnim krańcu Polski.

            Podczas II wojny światowej Topolski spędził dwa lata w sowieckich więzieniach i łagrach.  Na mocy amnestii po porozumieniu Sikorski-Majski w lipcu 1941 roku dostał się „do Andersa”.  Wspomnienia z tych „niewłaściwie urozmaiconych lat” stanowią treść „Bez wódki”.  Szczegółowe omówienie książki przedstawię na łamach „Gazety” za tydzień.  W numerze obecnym przedstawię barwne koleje wojennych i powojennych losów – „Wielkiej Przygody”, jak określił je Topolski (s.383) – autora „Bez wódki”.

            W wojsku skończył podchorążówkę łączności.  Służył w II Korpusie na Bliskim Wschodzie: w Iraku, Palestynie i Egipcie.  W ramach 8 Armii brytyjskiej przeszedł szlak bojowy II Korpusu we Włoszech.  W kompanii łączności obsługującej sztab gen. Władysława Andersa brał udział w walkach o Monete Casino, Ancone i Bolonię.  W ostatnich miesiącach wojny został wysłany do Kinross w Szkocji na dalsze szkolenie.  Tam zastał go koniec II wojny światowej.

            Ponieważ powrót do Polski stal się niemożliwy, Topolski, jak tylu innych polskich wojskowych, zaczął adaptację do życia na emigracji.  W sposób – ostrożnie mówiąc niekonwencjonalny.  „Następny rok w Londynie – pisze Topolski – próbowałem studiować pedagogikę, sztukę i ekonomię, miałem sympatię w Balecie Sadlera Wellsa, grałem w polskim teatrze i tańczyłem w amatorskim zespole ukraińskim, utrzymywałem stosunki towarzyskie z wielu polskimi przyjaciółmi, których nazwiska – bądź ich rodziców – zapełniłyby wiele stronic polskiego „Kto jest kim”, używałem życia na całego i oblewałem szpetnie wszystkie egzaminy (z wyjątkiem angielskiego)”(s.383)

            Utrata kombatanckiego stypendium zmusiła Topolskiego do imania się przeróżnych zawodów.  Bieda mu – jak zaznaczył – nie przeszkadzała, „dopóki miał po opłaceniu komornego na papierosy i spaghetti”.  Doskwierał mu natomiast brak inteligentnego towarzystwa i kpiny współpracowników, że czyta „The Daily Telegraph” – dowód dla nich, że mu woda sodowa uderza do głowy.

            Sir Edward Bonhm-Carter, przygodny znajomy, pomógł mu w ponownym uzyskaniu stypendium.  To umożliwiło mu 5-letnie studia architektury na Uniwersytecie Manchesterskim.  Po uzyskaniu dyplomu pracował w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i Indiach Zachodnich.

            W Kanadzie osiadł przez przypadek.  W 1957 roku, w drodze do Australii, postanowił zwiedzić Kanadę.  Zaproszony przez kolegę po fachu, Polaka mieszkającego pod Ottawą, przyjechał do stolicy.  Oczarował go park Gatineau tak, że osiadł na jego skraju w Chelsea, „wśród ludzi , którzy tak jak on, przybyli z rożnych stron świata.  Byli przyjaźni i pomocni, ale pilnowali swoich spraw, nigdy nie zamykali domów i koso patrzyli na nowoprzybyłych, którzy ogradzali płotem swoje podwórka” (s.383)

            W Kanadzie Topolski ożenił się z Joan Eddis z Toronto, dziennikarką.  Ma troje dorosłych dzieci.  Obie okoliczności należy zasygnalizować, gdyż mają bezpośredni związek z genezą omawianych wspomnień, o czym nieco niżej.

            Od 1967 r. Do przejścia na emeryturę w 1988 roku Aleksander Topolski pracował w federalnym Ministerstwie Robot Publicznych.  Zakochany w Grecji i w ogóle w Basenie Morza Śródziemnego, z reguły Topolski spędzał urlopy w tej części świata.

            Gdy chodzi o genezę „Bez wódki” to w „Posłowiu” przypisuje Topolski inicjatywę spisania wspomnień perswazjom żony, która obecnie suszy mu głowę, by pisał ich ciąg dalszy (s.384).

            Jeśli wierzyć przedmowie do książki, to mają w jej powstaniu swój – trzeba przyznać – specyficzny udział i dzieci.  „Moje dzieci – piesze tam Topolski – nawet dobiegając do dwudziestki, przerywały zwykle moje poobiednie opowiadania z czasów wojny obcesowymi pytaniami w rodzaju: ”Czy to była pierwsza czy druga wojna światowa, tato?.  Niezliczoną ilość razy na przyjęciach bawiłem przyjaciół opowiadaniami o kanciarzach w wiezieniu i dziwnych wydarzeniach w moim życiu.  Wszelako, gdy dzieci stawały się starsze (i ja też), zdałem sobie sprawę, że rzadko były w domu, żeby słuchać moich opowiadań, często zbyt drastycznych dla ich młodych uszu.  Postanowiłem wiec je spisać dla nich i ich dzieci nim umrę i wszystko pójdzie w niepamięć” (s.ii)

            Autor zaznacza, że jest to opowieść zarówno o losach jego, jak i milionów ludzi z wschodniej części Europy.  Jest to opowieść także o rożnych sposobach przetrwania. „Niektórym udało się przeżyć, większości – nie”.

            Topolski na powtarzające się pytania o receptę na przetrwanie opowiada, że „na to trzeba wiary i wyraźnego szczęścia.  Poczucie humoru tez pomaga” (Tamże).  Trochę pokornie zaznacza zaraz: ”Żeby otrzymać wyczerpującą odpowiedź na to pytanie, musisz przeczytać moje opowiadanie”.

            Topolski już w przedmowie wskazuje na często podkreślany w łagrowych wspomnieniach fakt permanentnego głodu.  Nie zwykłego ssania w dołku, gdy nie miało się czasu zjeść śniadania rano, albo gdy obiad jest spóźniony. Chodzi o patologiczny, skręcający kiszki, obsesyjny głód jako wynik przymierania głodem przez lata.  Autorowi nawet przyszedł do głowy pomysł, żeby – celem skutecznego uświadomienia czytelnikowi tego istotnego czynnika łagrowej egzystencji – dać na każdej nadtytuł: „JESTEM GLODNY”.  W końcu z niego zrezygnował w przekonaniu, że będzie to wyglądało pretensjonalnie i nużąco.

            Topolski na wszelki wypadek przeprasza, jeśli niechcący uraził którąś z grup łagierników.  Pisze: „W istocie rzeczy prawdopodobnie obraziłem każdego w tej  książce, w tym moich rodaków.  Ale zarejestrowałem pochód ludzkości tak jak go widziałem i słyszałem”.  I dalej zastrzega się Autor: „Pamiętaj. Czytelniku, to są wspomnienia.  To nie jest książka naukowa, ale raczej historia życia chłopaka podczas pierwszych lat II wojny światowej.  Opierałem się przeważnie na pamięci.  Niektóre fakty i daty sprawdziłem z innymi, którzy tam byli i z podstawowymi źródłami z archiwum Instytutu Sikorskiego w Londynie”.

            Ta informacja przekonuje czytelnika do rzetelności Autora.  Pisze on dalej: „Ze wszystkich dawnych współwięźniów, którzy dotąd są przy życiu, pamięć „Romcia” Szymańskiego jest najbardziej wiarygodna i bezstronna.  Inni – jak się zdaje – przypominają tylko okropności, jak gdyby odtwarzając koszmar i starając się znaleźć jakiegoś kozła ofiarnego, żeby go winić za wszystko”.  Inni bronią się wyrzuceniem z pamięci lagrowych okropieństw.  Topolski – jak dowodzi książka – zapamiętał imponująco dużo.  „Jakim sposobem?” – pyta Autor.  I samoobsługowo odpowiada: „Nie wiem.  Sam się na tym zastanawiam”.

            Przedmowę kończy Topolski następującą refleksją: „Spisuję wspomnienia, gdy jestem po siedemdziesiątce.  Ale doświadczyłem tego wszystkiego ciałem i umysłem nastolatka.  Moja relacja oddaje obserwacje wyrostka, czasami w trakcie pisania komentowane obecnie przez starszą cześć mojej osobowości.  Starałem się opowiedzieć swoje dzieje tak, jak je przeżywałem, w oparciu o to, co mógłbym napisać w dzienniku, gdybym go prowadził.  To może ułatwić wyjaśnienie, dlaczego wygląda, że mam takie ufne, optymistyczne podejście do tego, co się ze mną działo.  Wiara w Boga przeprowadziła mnie przez to wszystko” (s.iii).

            Swoje wspomnienia Aleksander Topolski dedykował „narodom wschodniej części Europy, które tyle przeszły podczas II wojny światowej.  Oby nigdy więcej nie przechodzili przez takie niszczące doświadczenia” (s.i).

            Szczegółowiej – jak zaznaczyłem wyżej – omówię więzienne i łagrowe koleje losu Autora za tydzień.  Teraz pozostaje tylko wyrazić ubolewanie, że „Without vodka” została wydrukowana jedynie w kilkudziesięciu egzemplarzach, które ku niejakiemu – zdaje się – zaskoczeniu Autora rozeszły się z miejsca.  Może to go zmobilizuje do większego dodruku.  I do publikacji dalszych tomów.
                                      o. A. Guryn

***************************

  Gazeta Nr.38

„Bez wodki” (2)

  „Without vodka”, więzienne i łagrowe wspomnienia Aleksandra Topolskiego, które sygnalizowałem przed tygodniem (Gazeta nr37/97, s.42), to książka znakomita.  Dramatyczne, nierzadko wręcz tragiczne przejścia Autor opowiada ze swadą i humorem.  Dba przy tym – jak to zaznaczył we wstępie – o weryfikację znakomitej zresztą pamięci dokumentami i wspomnieniami współwięźniów i współłagiernikow.

            Dodatkowy plus, że Aleksander Topolski swe wspomnienia napisał po angielsku.  Literatura łagrowa w języku polskim jest już bardzo bogata.  Co  roku przybywają nowe pozycje.  Wskutek istnej powodzi tego rodzaju wspomnień na krajowym i emigracyjnym rynku księgarskim, widać już u czytelników polskich wyraźny przesyt.  Jak mi w sierpniu niejednokrotnie mówiono w księgarniach warszawskich, przestały one być towarem chodliwym.  Natomiast w języku angielskim wspomnień lagrowych jest bardzo niewiele, można je bez trudu policzyć na palcach obu rąk.  Jeszcze jedna wiec pozycja, i to doskonała w treści i formie, to prawdziwy ewenement.

            W „Without vodka” Aleksander Topolski relacjonuje dokładnie trzy lata swego bardzo młodego wówczas życia.  Wspomnienia jego zaczynają się otrzymaniem karty mobilizacyjnej 24 sierpnia 1939 roku (s.3), a kończą się ewakuacją z sowieckiego Krasnowodska do perskiego Pahlevi w sierpniu 1942 roku (s.378-382).

            Tok narracji Topolskiego jest wartki, a postaci, wydarzenia, sytuacje przedstawione są tak plastycznie, że czytelnik widzi je „jak żywe”.

            Topolski został aresztowany przez Sowietów przy przekraczaniu granicy Rumunii (s.410.  Tak zaczęła się jego sowiecka odyseja: najpierw tułaczka po więzieniach, potem łagier, wypuszczenie na wolność po umowie Sikorski – Majski z lipca 1941, wreszcie dramatyczna wędrówka do polskiego wojska.  Dzieje Topolskiego były typowymi losami setek tysięcy Polaków.  Opowiadanie o nich – ma nietypowy, bardzo oryginalny charakter.

            Autor od początku do końca książki, na każdej niemal stronie hojnie inkrustuje tekst – zdawałoby się ot tak, mimochodem – mnóstwem anegdot; raz rzewnych, to znów dramatycznych, kiedy indziej humorystycznych.

            Na wybuch wojny reaguje jeszcze zupełnie po szczenięcemu.  Woła do służącej: „Piotrusia! Wojna wybuchła! Hurra! Nie ma szkoły! Idziemy na wojnę!” (s.7).  Wkrótce jego entuzjazm wojenny został wystawiony na bardzo ciężką próbę.

            Bardzo trudno wybrać przykładowo kogoś z całej plejady postaci, o których barwnie, plastycznie opowiada Topolski.  Klasyczne „przekleństwo urodzaju”.  Drogą kolejnych eliminacji zdecydowałem się na Kleina, 15-letniego żydowskiego chłopca, z którym Autor odbywał podroż więziennym pociągiem z bombardowanego Kijowa do jednego z łagrow Wiat-Lagu, czyli grupy obozów „miedzy miastem Kirow (później ponownie przemianowanym na carską Wiatkę) i Autonomiczną Republiką Komi w dorzeczu rzeki Wiatki” (s.212).

            Najpierw dialog miedzy obu chłopcami:

            -„Czy ty się modlisz? – spytał mnie spokojnie Klein.

            -„Tak – odpowiedziałem. – Dlaczego pytasz?

            -„Tobie to dobrze – odrzekł. – Ja nie mogę.  Ojciec powiedział mi, żebym zawsze modlił się głośno, tak, żeby Bóg wiedział, że nie wstydzisz się modlić.  I on lubi, żeby chwalić Go na cały głos, a nie mamrotaniem.  Ale ja za bardzo się boję, żeby modlić się głośno.  Urki najpierw będą drwić ze mnie, a potem mnie pobiją.  Zwłaszcza jak usłyszą hebrajskie modlitwy.

            Zmówiłem następny dziesiątek Zdrowaś Mario w myśli.  Kilka za małego Kleina” (s.214).

            Stronice wcześniej Topolski wyjaśnia, że „urki” to kryminaliści, tworzący „blat”, rodzaj mafii – zmora więzień, transportów i lagrów sowieckich.  Nie dziwota, że sterroryzowali współwięźniów w wagonie Topolskiego i Kleina, przywłaszczając wodę i jedzenie.  Dzięki zmowie „Kleina, Charytonowicza, Topolskiego i innego Polaka o litewskim nazwisku Matulajtis” (s.215) udało się unieszkodliwić urków.  Istotną rolę w tej operacji odegrał właśnie „mały Klein”.  Gdy „pięciu czy sześciu konwojentów zjawiło się w wagonie dla przeprowadzenia śledztwa i zażądali wskazania winnych, więźniowie milczeli.  Urki nadal uśmiechali się.  Nagle zrobiło się małe poruszenie i mały Klein przepchnął się do przodu przez krąg mężczyzn otaczających konwojentów. Był błądy na twarzy.  Zagryzł wargę, zrobił pól kroku do przodu, wyciągnął ramię niemal dotykając piersi herszta urkow. „On!” powiedział głośno, wyraźnie.  I potem, wskazując palcem innych, powtarzał: „I on. I on. I ten, co chowa się za Rumunem!”

            „Cały wagon myślał, że Klein zwariował.  To było równoznaczne z podpisaniem na siebie wyroku śmierci”.  Konwojenci najpierw wyłoili urkom skórę co się zowie, potem najgorszych na resztę drogi przenieśli do „karnego izolatora”.  Kilka plotek zostało.  Jeden z nich, kiwając głową, powiedział do Kleina:

            -„Zabiją cię, jak tylko przyjedziemy do łagru.

            -„Niech spróbują – odpowiedział mały Klein. – A jak zabiją, no to co?” (s.216-217).

            Budzi podziw wytrwałe „śledztwo” Topolskiego, prowadzone dziesięcioleciami, by umiejscowić „Romka” Szymańskiego, który idąc do szpitala, dał mu watowaną kurtkę.  „Przez kaprys losu – piesze Topolski – dając mi tę kurtkę, ocalił tak moje życie jak i swoje.  Ale musiałem czekać pól wieku, by się o tym dowiedzieć” (s.253-254).  Odnalazł go bowiem dopiero w 1988 roku w Szczecinie.

            Tylko w Związku Sowieckim Topolski mógł zostać – po zwolnieniu z łagru –zastępcą naczelnego inżyniera elektrowni TES 2 pod Kirowem (s.258).  A już zupełnie surrealistyczny jest opis sporządzenia przez niego planów „dodatkowej komutacji” dla miasta Kirowa metoda „łączenia carskich i obecnych rysunków w jedna całość, posługując się wyobraźnią odnośnie połączenia linii tak, żeby tworzyły cały plan.  Symbole i trójkąty zapełnione wyssanymi z palca objaśnieniami miały zakryć nie przystające do siebie części.  Nim ktoś odkryje moją całkowitą ignorancję na ten temat, upłynie kilka dni, a może i tygodni” (s.265).

            Wstrząsające są przytoczone przez Topolskiego dane o funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości w polskich jednostkach wojskowych w ZSRS.  Już w Kermine, w wojsku, w drodze na ćwiczenia, niejednokrotnie słyszał salwy plutonu egzekucyjnego – to rozstrzeliwano skazanych na śmierć żołnierzy.  W 1992 roku w Instytucie Sikorskiego w Londynie udało mi się dotrzeć do akt sądu polowego w Kerminie  1942 roku.  Okazało się, że między marcem i sierpniem 1942 roku skazano na śmierć 24 żołnierzy.  Niektórzy byli faktycznie przestępcami, którzy dopuścili się zbrodni. Ale rozstrzelano jednego za „ukradzenie Uzbeczce szalu, kurtki z 200 rublami w kieszeni i dzbanka z 2 litrami śmietany”, innego „za ukradzenie 50 rubli drugiemu żołnierzowi” (...), „18-letniego rekruta „za dezercję”, to jest 3-dniową nieobecność w jednostce bez pozwolenia”(...), jeszcze innego „za ukradzenie do spółki z innymi 143 konserw, a skazańcowi udowodniono kradzież tylko jednej puszki” (s.356-357).

            Topolski opisuje rożne zachowania ludzkie.  Także mało chwalebne.  Podczas wielkanocnego obiadu „garnizonowy kapelan Krol zaapelował do wszystkich żołnierzy, żeby ofiarowali małą część swego chleba transportowi małych polskich dzieci, które znajdowały się wtedy w pociągu, stojącym na stacji Kermine.  Były bez jedzenia od dwóch dni i miały jeszcze do celu setki kilometrów.  Nikt nie dał nawet kromki” (s.357-358).

            Jak podkreśliłem to wyżej, Aleksander Topolski bardzo starannie weryfikował swoje wspomnienia.  Ale do tekstu mimo to zakradło się kilka pomyłek.

            Zwykłym potknięciem pióra jest stwierdzenie, że Krysia Rutkowska, „przedwojenna sympatia Autora, „została zabita tam (w Warszawie) przez niemiecki pocisk w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego przeciw Niemcom we wrześniu 1944 roku” (s.27).  We wrześniu był już „półmetek” Powstania.

            Wspomniany mimochodem przez Topolskiego „legendarny bohater hiszpańskiej wojny domowej (s.187) nazywał się nie Szmuszkiewicz, ale Smuszkiewicz.  Generał porucznik lotnictwa, Jakow Wladimirowicz Smuszkiewicz, dwukrotny bohater ZSRR, został rozstrzelany 17.10.1941 roku.  Niemieckie czołgi wcale jeszcze wtedy nie dotarły  na przedpole Moskwy (s.188).  Pod koniec października znajdowały się około 100 km na zachód od miasta.  Właściwa bitwa o stolice ZSRR rozpoczęła się 15 listopada 1941.

            Topolski o pierwszym dniu wojny niemiecko-sowieckiej pisze, że musieliśmy czekać do południa, żeby usłyszeć mowę Stalina do narodu” (s.203).  W rzeczywistości musieli czekać aż do 3 lipca 1941 roku.  Jak to opisuje gen. Dmitrij Wokogonow w 4-tomowej biografii Stalina, katastrofalna klęska armii sowieckiej wywołała taki w Stalinie „szok psychologiczny”, że otrząśnięcie się z niego zabrało „Wodzowi” 12 dni (Triumf i tragedija.  Politiczeskij portret I.W.Stalina. Moskwa 1989 Ks. II, Cz.1, s.154-174)

            Autor niepotrzebnie powtarza dwa razy tę samą informację o późniejszej zmianie nazwy Kermine na Nawoj (s.301,339)

            Wreszcie płk Leopold Okulicki, dowódca 7DP, wcale nie zniknął na kilka tygodni po wspomnianym wyżej wielkanocnym obiedzie.  Płk Okulicki „zniknął” dopiero 5 lipca 1943 roku, bo nazajutrz po tragicznej śmierci gen. Sikorskiego odleciał do Londynu jako członek delegacji oficerskiej wysłanej na pogrzeb  Naczelnego Wodza przez gen.Andersa (por.Andrzej Przemyski: Ostatni komendant generał Leopold Okulicki. Lublin 1990, Wyd.Lubelskie, s.108).  Aresztowanie – „zaproszenie do Moskwy” – 16 przywódców Polski Podziemnej, w tym gen. Okulickiego, miało miejsce nie w 1944 roku, lecz 27 marca 1945 (Tamże, s.208).

            Warto by także przy następnym wydaniu „Without vodka” zrobić staranniejszą korektę tekstu, bo wiele w nim literówek.

            Po lekturze „Bez wodki” z całym przekonaniem Autorowi „dziękuję za już i proszę o jeszcze”, to znaczy o zapowiedziany tom drugi wspomnień Aleksandra Topolskiego.

                                           o.Andrzej Guryn


  top
Dr. Jerzy Wojciechowski, Professor emeritus, Universitet ottawski

Gazeta Ottawa 23-29 czerwca 2000

Niecodzienna uroczystość

1 czerwca wieczorem odbyła się w Ottawie niecodzienna i bardzo przyjemna uroczystość.  Inżynier B.A. Topolski podpisywał nowe, ale pierwsze komercyjne wydanie swych wspomnień z pobytu na Syberii: „Without Vodka”.  Czytelnicy „Gazety” mogli się zapoznać z ta niezwykłą książką dzięki wywiadowi, który o. Guryn przeprowadził z Autorem.

            Półtora miliona obywateli polskich zostało wywiezionych do Związku Radzieckiego i szereg z nich ogłosiło już wspomnienia.  Wśród tej, już dość licznej literatury książka inz.Topolskiego wybija się zmysłem obserwacji, bogactwem zapamiętanych szczegółów, brakiem nienawiści do ciemiężycieli, zmysłem humoru i poziomem inteligencji.  Ocenił te wartości kanadyjski wydawca McArthur & Company w Toronto, podejmując się zapoznania kanadyjskiego czytelnika z tą książką.  Jest to ważne osiągniecie dla autora i dla Polonii.  Dzięki wspomnieniom autora, kanadyjski czytelnik dowie się o wydarzeniach , o których Kanadyjczycy nie mają pojęcia.

            Oficjalne lansowanie książki było dużym sukcesem.  W eleganckiej księgarni Nicholas Hoare Bookstore zebrali się licznie członkowie Polonii i Kanadyjczycy.... Ze strony kanadyjskiej byli m.in. Peter Roberts, były ambasador w Moskwie i b. Prezes Canada Council, były poseł i znany dziennikarz Douglas Fisher i Erik Spicer, kierownik biblioteki parlamentu.  Stronę polską reprezentował ambasador prof. B.Grzeloński z małżonką, były prezes i obecny wiceprezes KPK dr.inż.J.Zarzycki, prezes okręgu stołecznego KPK z małżonką, inż.S.Kielar z małżonką, dr.inż.E.Nowicka, dwie kuzynki gen.Andersa i wiele innych.

            W krótkim, wygłoszonym po angielsku i jak zwykle inteligentnym przemówieniu, ambasador Grzeloński podkreślił, że pomimo chęci Polski utrzymania dobrych stosunków z Rosją, koniecznie jest wypełnianie białych plam w niedawnej historii.  Książka inż. Topolskiego jest cennym przyczynkiem służącym temu celowi.

            Po przemówieniu ambasadora, Autor podpisywał egzemplarze zakupione przez zaproszonych gości.  Był to wielki sukces, bo Autor podpisał prawie sto książek.  W dodatku, następnego dnia właściciel księgarni zadzwonił do Autora, prosząc go, aby znów przyszedł do księgarni podpisać dalszych 25 egzemplarzy.  Sukces książki jest ważny nie tylko dla Autora, który już dyskutuje nowe wydanie z wydawcą amerykańskim, ale również dla wydawców kanadyjskich i amerykańskich, bo dowodzi poczytności polskich tematów.  Okazuje się, że warto publikować polskich autorów.  Inż.Topolski dobrze się przysłużył sprawie polskiej i należy mu się z to wdzięczność wszystkich, którym dobre imię Polski leży na sercu.

                                           Jerzy.A Wojciechowski , Ph.D. prof.emeritus

  P.S. W dzisiejszym (sobota, 17.06) „Ottawa Citizen”, na pierwszej stornie sekcji „Arts” jest duży wywiad z inż. Topolskim, ozdobiony wielkim kolorowym zdjęciem Autora i mniejszym z  kolega z niewoli, który mu uratował życie, ofiarując swój ciepły płaszcz, idąc do szpitala.  Publikacja „Without Vodka” jest określona jako „a publishing phenomenon”.  Artykuł przyczyni się do sukcesu książki i propagandy gehenny Polaków w czasie II wojny światowej.  Polonia ottawska może być dumna z Autora.

 


  top

Dr. Andrzej Garlicki, b. President, Kongresa polskiego w Kanadzie

“Bez wódki”

  Patrząc wstecz na przeżyte lata – a których już niemało nazbierało mi się…- musze stwierdzić, że chyba musiałem przyjść na ten Boży świat w czepku… A tłumacząc angielskie wyrażenie idiomatyczne powiedziałbym, że “urodziłem się ze srebrną łyżką w ustach” (I was born with a silver spoon in my mouth).  Jakże często trafiało mi się jak przysłowiowej ślepej kurze ziarnko... Bardzo często.

            Miałem też szczęście spotkać wiele niezwykle ciekawych osób.  Do takich należy mój – nieco starszy ode mnie – równolatek Dzidek (Aleksander) Topolski.  Poznaliśmy się z końcem września 1943 r. W ówczesnej Palestynie, w obozie Barbara, na Kursach maturalnych dla Żołnierzy APW (Armia Polska na Wschodzie).  Obaj byliśmy wówczas kapralami podchorążymi rezerwy: Dzidek – łączności, a ja – artylerii.

            W PSZ na Zachodzie w czasie II Wojny Światowej można było być przyjętym do szkół podchorążych mając ukończonych 6 klas gimnazjalnych starego typu, albo czteroletnie gimnazjum ogólnokształcące nowego typu.  Skorzystaliśmy obaj z tej możliwości, uzyskawszy w r. 1939 świadectwo ukończenia gimnazjum ogólnokształcącego, czyli tzw. „małą maturę”.

            Dzidek to konglomerat wielu talentów połączony z jego gorącym patriotyzmem i religijnością: poczucie humoru, znajomość języków, lekkie pióro, dar gawędziarski, dobra pamięć i jeszcze parę innych.  Tylko zazdrościć!

            Po latach, w roku 1967, znaleźliśmy się niedaleko siebie.  On mieszka na wsi w quebeckim Chelsea po drugiej strony rz. Ottawy, a ja tu w samej stolicy.

            Siedem lat temu, za namową swej uroczej żony pochodzącej z Toronto, Joan z domu Eddis, Dzidek zabrał się do pisania pamiętników.  Wynikiem tego jest 1-a cześć jego epopei życiowej, obejmująca trzy pierwsze lata II wojny światowej: kampania wrześniowo- październikowa w r.1939, która przetrwał w Horodence, sowieckie wiezienia i łagry w wyniku nieudanej ucieczki do Rumunii w grudniu 1939 roku i służba w Armii Polskiej  w ZSRR do drugiej ewakuacji poprzez Morze Kaspijskie z sowieckiego raju do Persji (VIII 1942). Ściślej, do momentu przybicia statku do portu w Pahlevi.

            Z  Sowicką rzeczywistością, i to z jej najgorszej strony, zetknął się mając dopiero 16 lat.  Opisywane wrażenia, odczuwane przy całym tragizmie i grozie zaistniałych sytuacji, tchną jednak nutą optymizmu, młodzieńczą wiarą w przetrwanie i nie rzadkimi dozami dobrego humoru.  To nadało książce rumieniec uroku.  Opisał wszystko doskonałą, gawędziarską angielszczyzną. 

            Książce dał tytuł „Without Vodka „ (Bez wodki).  W wyborze tego tytułu zapewne pomogło mu znane powiedzenie rosyjskie, z którym co krok w Sowietach spotykaliśmy się: „Bez wódki nie wyklarujesz”.  Książka liczy 424 stron, zdobią ją liczne szkice Dzidka (ma również dryg w kierunku malarstwa – z zawodu jest architektem).

            Dwa lata temu książka została wydana w nakładzie 200 egzemplarzy własnym sumptem Dzidka.  A więc jako wydanie prywatne, niezależne (sef-published).  Całość rozeszła się w „try miga”.  I tu w świecie wydawniczym zaistniał fenomen, zauważony i podjęty przez prasę kanadyjska.  Książka Topolskiego wpadła w oczy torontońskiej agencji (Bukowski Agency) zajmującej się wyszukiwaniem książek zdatnych (tzn. z dobrymi możliwościami zrobienia na nich interesu) do druku, jakkolwiek z reguły książki wydawane prywatnie (rynek księgarski jest nimi zatrzęsiony) są uważane jedynie jako oznaka próżności ich autorów.  Nazywają je „vanity books”. Agencja zainteresowała książka Dzidka znaną torontańską firmę wydawniczą (McArthur&Company Publishing).  Cala maszyneria wydawnicza poszła z miejsca w ruch i w tym (2000) roku ukazało się drugie wydanie „Without Vodka” i to w dużym nakładzie.  Zareprodukowano parę ciekawych zdjęć; szkoda jedynie, że kosztem rysunków Dzidka.

            Lancement tego nowego wydania miało miejsce 1-ego czerwca bieżącego roku w prestiżowej księgarni ottawskiej (Nicholas Hoare Bookstore) w obecności wielu znanych lokalnych osobistości polonijnych oraz anglo i franco kanadyjskich, z ambasadorem RP w Kanadzie, prof. Bogdanem Grzelońskim na czele.  Przy tej okazji można było nabyć książkę.  Dzidek zasiadł przy osobnym stole i wpisywał każdemu dedykacje.  A na tym stole, oprócz sporego stosu książek, stała butelka wódki z gorzelni Smirnoff, ale zakorkowana.  Sprzedaż „Bez wódki” z wódką dobrze poszła...

            Już prawie cały nakład drugiego wydania książki rozszedł się, a amatorów na nią jest jeszcze niemało.  Obecnie Dzidek przeprowadza ostateczną korektę manuskryptu drugiej części swych pamiętników „Without a Roof” (Bez dachu), gdzie opisuje swe dzieje w Wojsku Polskim  na Zachodzie.  Oby tylko szybko i ta książka ukazała się na półkach księgarskich.  Brawo Dzidku!

                                  Dr. Andrzej Garlicki

 


  top

Listi

Szanowny Panie Aleksandrze!

Zacząwszy cztytać ksziążkę "Bez Wódki" nie mogłem jej położyć. Przypomniała mnie opowiadania moich rodziców (już dawno zmarłych) o swoich czasach i przeprawach w "raju sowieckim". Relacje ich były raczej cięższe _ nie z powodu trudniejszych przeżyć, lecz że spotkały ich te przeżycia już w póYniejszym wieku _ i to poraz drugi, bo oboje też przeszli pierwszą wojnę i rewolucję w Rosji. Czasami wyczuwałem u nich pewien wstyd lub smutek, że i oni i naród polski został tak sponiewierany. Trudno było czasem wydobyć szczegóły _ jakby chcieli mnie ochronić.

Więc bardzo jestem wdzięczny Panu za tak owietnie napisaną i bystrą obwserwację rzeczywistooci tych lat. Książka Pana jakby uzupełniła i dodała koloru do przeżyć szkicowanych przez rodziców w moim dzieciństwie.

Gdy wpierw usłyszałem o Książce Pana zdziwiłem się trochę że jest po angielsku, ale miał Pan rację! Po angielsku książka pasuje stylowo do opowieoci współczesnych, i mam nadzieję, że będzie szeroko czytana. Po polsku nie tylko byłoby już mało chętnych czytelników, ale przypuszczam, że odczuwałby się właonie taki smutek, który ja odbierałem od rodziców.

Dzieki językowi dzeci moje, czytąc Pana ksziążkę, mogą się dowiedzieć jak wyglądały przeżycia ich dziadków podczas wojny. Córka już książkę przeczytała, a synowi wiozę ją teraz do Ameryki.

Wieć dziękuję jeszcze raz, i życzę powodzenia w następnej książce.

Serdeczne pozdrowienia,

Andrzej Kotowicz,   Londyn.

(Syn Kpt. Floriana Kotowicz)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Witam!                                    1-11-2003

Przeszukujac dzisiaj Intrenet w poszukiwaniu informacji na temat Zaleszczyk trafilem na strone (http://www.withoutvodka.com/people.htm) indeksu osób pojawiajacych sie w panskiej ksiazce pt. "Without Vodka". Pod litera "B" znalazlem informacje: "Byczynski (young Gorodnia prisoner, son of Zaleszczyki innkeeper) 77-78, 80". Otóz jestem ciekaw czy w swojej ksiazce wspomina Pan o moim wuju. Antoni Byczynski (r. 1922) brat mojego ojca Henryka (r.1924) w czasie sowieckiej okupacji trafil do wiezienia (podobno dla nieletnich o "zlagodzonym" rygorze - nie jestem pewien czy nie w Horodence) za jakies przewinienie, prawdopodobnie zwiazane z przelamywaniem trudnosci aprowizacyjnych - nie znam szczególów. Dziadek mój, powstaniec wielkopolski z lat 1918/19 i uczestnik wojny polsko-bolszewickiej za udzial, w której otrzymal Krzyz Orderu Virtuti Militari, po zamachu majowym w roku 1926 zostal przeniesiony na Podole, poczatkowo do Czortkowa wlasnie a potem, po niedlugim czasie do Zaleszczyk, na straznice Korpusu Ochrony Pogranicza gdzie sluzyl do roku 1932. Po przejsciu na wojskowa emeryture (w stopniu tytularnego starszego sierzanta), dziadek zajal sie prowadzeniem niewielkiego pensjonatu oraz hurtowym handlem owocami. Cala rodzina ze strony dziadka wywodzila sie z Wielkopolski (Góra kolo Inowroclawia - Paluki) i nic mi nie wiadomo i innych Byczynskich w Zaleszczykach, tak wiec przypuszczam, ze w ksiazce moze przewijac sie postac Antoniego Byczynskiego - mojego wuja. Bardzo prosze zatem o potwierdzenie lub zaprzeczenie mojemu przypuszczeniu. Co do samej postaci niezyjacego juz dzis niestety wuja (i jednoczesnie mojego ojca chrzestnego) dodam, ze po wojnie ukonczyl studia medyczne i przez dlugie lata byl cenionym specjalista w zakresie okulistyki i chirurgii oka w Grudziadzu gdzie osiadl wraz z ciotka i miom kuzynem Zbigniewem.

Czekajac z niecierpliwoscia na odpowiedz, pozdrawiam serdecznie

Rafal Byczynski

______________________________________________________

Szanowny Panie Rafale 25-11-2003

Dziekuje uprzejmie za E-mail z dnia 1-11-2003. Wyglada mi na to ze rzeczywiscie siedzialem w czortkowskim wiezieniu z Pana wujem w lutym 1940r. sroga to byla zima i marznelismy w celi, Glodowealismy tez na 500 gram. racjach chleba z podejrzanych skladnikow.

Do celi nr. 2 , na parterze przeniesli mnie z pojedynki na poczatku lutego. Zastalem w niej 5-ciu lub 6-ciu mlodych ludzi. Jednym z nich byl . A (?) Byczynski z Zaleszczyk gdzie jego rodzina miala pensjonat. Oprocz niego bylo tam dwoch lub trzech jego kolegow z gimnazjum oraz niejaki Tomkow , tez z Zaleszczyk ktory sprawial wiele klopotu sledczym z NKWD samo-oskarzajac sie o przestepstwa ktorych nigdy nie popelnil. Byl to ciekawy system obrony. W 1952 roku spotkalem jego brata w Manchester (Anglia). Pozatym byl tam b. mlody Slazak z Mikolowic ktory po aresztowaniu jego ojca uciekl pod okupacje sowiecka gdzie go NKWD natychmiast oskarzylo o szpigostwo. Panski wuj i inni gimnazjalisci byli oskarzeni o przynaleznosc do ZWZ (Zwiazek Walki Zbrojnej, byla POW=Polska Organizacja Wojskowa) tajnej organiuzacji niepodleglosciowej ( chociaz nigdy o tym nie mowili) i o udzial i organizowanie powstania. Wiecej wiadomosci na ten temat moglby Pan otrzymac od Wydawnictwa KARTA. VIII Oddz. PBK Warszawa70026-5991-=132 . Zalaczam kopie artykulu na temat Powstania Czortkowskiego (Tygonik Powszechny Nr $ @8 styczen 2001,

Kiedy dostane Pana adres, wysle kopie artikulu na ten temat i cztery stronice z mojej ksiazki Without Vodka z opisem czasu spedzonego w celi nr 2 z A. Byczynskim. Ksiazka niestety napisanna w jez.angielskim. Moze ktos z Pana znajomych zna ten jezyk. Przetlumaczylem na polski 59 stronic ale to szlo b. pornie i poddalem sie

Odwiedzil mnie kiedys profesor Ligeza z Uniwersytetu Jagiellonskiego. Zzabral dwa egzemplarze Without Vodka. Mowil ze zna swietnych tlumaczy i wydawcow. To bylo dwa lata temu. Nie skontaktowal sie ze mna.

Ksiazka moja zostala wydana prez "Up Press" i "Mc Arthur Co" w Kanadzie oraz przez Steerfoth Press w USA and England .Obecnie koncze poprawki do drugiego tomu moich spomnien ( Irak, Afryka i Italia.) na 60-ta rocznice bitwy po Montecassino.

Dziekuje za e-mail.

Z powazaniem.

Aleksander


  top