![]() |
|
|
Home | Reviews | Excerpts | Pictures | Q&A | People Index | Place Index | Map | Po Polsku | Contacts |
|
|
|
|
|
|
|
|
Gazeta Nr.37 12-18 Wrzesień 1997 (przedpublikacyjna
recenzja) „ Bez wódki”
„Bez wódki” stanowi nową, bardzo interesującą
pozycję, wzbogacającą obfitą już lagrową
literaturę.
Posłowie (Postscript, s. 383-384)
i notka biograficzna na końcu książki (About the
Author, s.385) zapoznaje czytelnika z niebanalnym życiorysem autora.
Dowiadujemy się mianowicie, że B.Aleksander Ogończyk-Topolski
urodził się 19 lutego 1923 roku a Nakle.
Był najmłodszym z trojga dzieci Aleksandra Mikolaja Ogończyka-Topolskiego,
dyrektora gimnazjum, i Henryki Marii Kijas.
Dzieciństwo upłynęło mu w Prużanie na
Polesiu i w Horodence, miasteczku leżącym na południowo-wschodnim
krańcu Polski.
Podczas II wojny światowej Topolski spędził dwa lata
w sowieckich więzieniach i łagrach. Na mocy amnestii po porozumieniu Sikorski-Majski w lipcu 1941
roku dostał się „do Andersa”.
Wspomnienia z tych „niewłaściwie urozmaiconych lat”
stanowią treść „Bez wódki”.
Szczegółowe omówienie książki przedstawię na
łamach „Gazety” za tydzień.
W numerze obecnym przedstawię barwne koleje wojennych i
powojennych losów – „Wielkiej Przygody”, jak określił je
Topolski (s.383) – autora „Bez wódki”.
W wojsku skończył podchorążówkę
łączności. Służył
w II Korpusie na Bliskim Wschodzie: w Iraku, Palestynie i Egipcie. W ramach 8 Armii brytyjskiej przeszedł szlak bojowy II
Korpusu we Włoszech. W
kompanii łączności obsługującej sztab gen. Władysława
Andersa brał udział w walkach o Monete Casino, Ancone i Bolonię.
W ostatnich miesiącach wojny został wysłany do
Kinross w Szkocji na dalsze szkolenie.
Tam zastał go koniec II wojny światowej.
Ponieważ powrót do Polski stal się niemożliwy,
Topolski, jak tylu innych polskich wojskowych, zaczął adaptację
do życia na emigracji. W
sposób – ostrożnie mówiąc niekonwencjonalny.
„Następny rok w Londynie – pisze Topolski – próbowałem
studiować pedagogikę, sztukę i ekonomię, miałem
sympatię w Balecie Sadlera Wellsa, grałem w polskim teatrze i tańczyłem
w amatorskim zespole ukraińskim, utrzymywałem stosunki
towarzyskie z wielu polskimi przyjaciółmi, których nazwiska – bądź
ich rodziców – zapełniłyby wiele stronic polskiego „Kto
jest kim”, używałem życia na całego i oblewałem
szpetnie wszystkie egzaminy (z wyjątkiem angielskiego)”(s.383)
Utrata kombatanckiego stypendium zmusiła Topolskiego do imania
się przeróżnych zawodów.
Bieda mu – jak zaznaczył – nie przeszkadzała, „dopóki
miał po opłaceniu komornego na papierosy i spaghetti”.
Doskwierał mu natomiast brak inteligentnego towarzystwa i
kpiny współpracowników, że czyta „The Daily Telegraph” –
dowód dla nich, że mu woda sodowa uderza do głowy.
Sir Edward Bonhm-Carter, przygodny znajomy, pomógł mu w
ponownym uzyskaniu stypendium. To umożliwiło mu 5-letnie studia architektury na
Uniwersytecie Manchesterskim. Po
uzyskaniu dyplomu pracował w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych
i Indiach Zachodnich.
W Kanadzie osiadł przez przypadek.
W 1957 roku, w drodze do Australii, postanowił zwiedzić
Kanadę. Zaproszony przez
kolegę po fachu, Polaka mieszkającego pod Ottawą, przyjechał
do stolicy. Oczarował go
park Gatineau tak, że osiadł na jego skraju w Chelsea, „wśród
ludzi , którzy tak jak on, przybyli z rożnych stron świata.
Byli przyjaźni i pomocni, ale pilnowali swoich spraw, nigdy
nie zamykali domów i koso patrzyli na nowoprzybyłych, którzy
ogradzali płotem swoje podwórka” (s.383)
W Kanadzie Topolski ożenił się z Joan Eddis z
Toronto, dziennikarką. Ma
troje dorosłych dzieci. Obie
okoliczności należy zasygnalizować, gdyż mają
bezpośredni związek z genezą omawianych wspomnień, o
czym nieco niżej.
Od 1967 r. Do przejścia na emeryturę w 1988 roku
Aleksander Topolski pracował w federalnym Ministerstwie Robot
Publicznych. Zakochany w
Grecji i w ogóle w Basenie Morza Śródziemnego, z reguły
Topolski spędzał urlopy w tej części świata.
Gdy chodzi o genezę „Bez wódki” to w „Posłowiu”
przypisuje Topolski inicjatywę spisania wspomnień perswazjom
żony, która obecnie suszy mu głowę, by pisał ich ciąg
dalszy (s.384).
Jeśli wierzyć przedmowie do książki, to mają
w jej powstaniu swój – trzeba przyznać – specyficzny udział
i dzieci. „Moje dzieci –
piesze tam Topolski – nawet dobiegając do dwudziestki, przerywały
zwykle moje poobiednie opowiadania z czasów wojny obcesowymi pytaniami w
rodzaju: ”Czy to była pierwsza czy druga wojna światowa, tato?.
Niezliczoną ilość razy na przyjęciach bawiłem
przyjaciół opowiadaniami o kanciarzach w wiezieniu i dziwnych
wydarzeniach w moim życiu. Wszelako,
gdy dzieci stawały się starsze (i ja też), zdałem
sobie sprawę, że rzadko były w domu, żeby słuchać
moich opowiadań, często zbyt drastycznych dla ich młodych
uszu. Postanowiłem wiec
je spisać dla nich i ich dzieci nim umrę i wszystko pójdzie w
niepamięć” (s.ii)
Autor zaznacza, że jest to opowieść zarówno o
losach jego, jak i milionów ludzi z wschodniej części Europy.
Jest to opowieść także o rożnych sposobach
przetrwania. „Niektórym udało się przeżyć, większości
– nie”.
Topolski na powtarzające się pytania o receptę na
przetrwanie opowiada, że „na to trzeba wiary i wyraźnego szczęścia.
Poczucie humoru tez pomaga” (Tamże).
Trochę pokornie zaznacza zaraz: ”Żeby otrzymać
wyczerpującą odpowiedź na to pytanie, musisz przeczytać
moje opowiadanie”.
Topolski już w przedmowie wskazuje na często podkreślany
w łagrowych wspomnieniach fakt permanentnego głodu.
Nie zwykłego ssania w dołku, gdy nie miało się
czasu zjeść śniadania rano, albo gdy obiad jest spóźniony.
Chodzi o patologiczny, skręcający kiszki, obsesyjny głód
jako wynik przymierania głodem przez lata.
Autorowi nawet przyszedł do głowy pomysł, żeby
– celem skutecznego uświadomienia czytelnikowi tego istotnego
czynnika łagrowej egzystencji – dać na każdej nadtytuł:
„JESTEM GLODNY”. W końcu
z niego zrezygnował w przekonaniu, że będzie to wyglądało
pretensjonalnie i nużąco.
Topolski na wszelki wypadek przeprasza, jeśli niechcący
uraził którąś z grup łagierników.
Pisze: „W istocie rzeczy prawdopodobnie obraziłem każdego
w tej książce, w
tym moich rodaków. Ale
zarejestrowałem pochód ludzkości tak jak go widziałem i słyszałem”. I dalej zastrzega się Autor: „Pamiętaj.
Czytelniku, to są wspomnienia. To
nie jest książka naukowa, ale raczej historia życia chłopaka
podczas pierwszych lat II wojny światowej.
Opierałem się przeważnie na pamięci.
Niektóre fakty i daty sprawdziłem z innymi, którzy tam byli
i z podstawowymi źródłami z archiwum Instytutu Sikorskiego w
Londynie”.
Ta informacja przekonuje czytelnika do rzetelności Autora.
Pisze on dalej: „Ze wszystkich dawnych współwięźniów,
którzy dotąd są przy życiu, pamięć „Romcia”
Szymańskiego jest najbardziej wiarygodna i bezstronna.
Inni – jak się zdaje – przypominają tylko okropności,
jak gdyby odtwarzając koszmar i starając się znaleźć
jakiegoś kozła ofiarnego, żeby go winić za wszystko”.
Inni bronią się wyrzuceniem z pamięci lagrowych
okropieństw. Topolski
– jak dowodzi książka – zapamiętał imponująco
dużo. „Jakim sposobem?”
– pyta Autor. I samoobsługowo
odpowiada: „Nie wiem. Sam
się na tym zastanawiam”.
Przedmowę kończy Topolski następującą
refleksją: „Spisuję wspomnienia, gdy jestem po siedemdziesiątce.
Ale doświadczyłem tego wszystkiego ciałem i umysłem
nastolatka. Moja relacja
oddaje obserwacje wyrostka, czasami w trakcie pisania komentowane obecnie
przez starszą cześć mojej osobowości.
Starałem się opowiedzieć swoje dzieje tak, jak je
przeżywałem, w oparciu o to, co mógłbym napisać w
dzienniku, gdybym go prowadził.
To może ułatwić wyjaśnienie, dlaczego wygląda,
że mam takie ufne, optymistyczne podejście do tego, co się
ze mną działo. Wiara
w Boga przeprowadziła mnie przez to wszystko” (s.iii).
Swoje wspomnienia Aleksander Topolski dedykował „narodom
wschodniej części Europy, które tyle przeszły podczas II
wojny światowej. Oby
nigdy więcej nie przechodzili przez takie niszczące doświadczenia”
(s.i).
Szczegółowiej – jak zaznaczyłem wyżej – omówię
więzienne i łagrowe koleje losu Autora za tydzień.
Teraz pozostaje tylko wyrazić ubolewanie, że „Without
vodka” została wydrukowana jedynie w kilkudziesięciu
egzemplarzach, które ku niejakiemu – zdaje się – zaskoczeniu
Autora rozeszły się z miejsca.
Może to go zmobilizuje do większego dodruku.
I do publikacji dalszych tomów. *************************** „Bez
wodki” (2)
Dodatkowy plus, że Aleksander Topolski swe wspomnienia napisał
po angielsku. Literatura
łagrowa w języku polskim jest już bardzo bogata.
Co roku przybywają
nowe pozycje. Wskutek istnej
powodzi tego rodzaju wspomnień na krajowym i emigracyjnym rynku księgarskim,
widać już u czytelników polskich wyraźny przesyt.
Jak mi w sierpniu niejednokrotnie mówiono w księgarniach
warszawskich, przestały one być towarem chodliwym.
Natomiast w języku angielskim wspomnień lagrowych jest
bardzo niewiele, można je bez trudu policzyć na palcach obu rąk.
Jeszcze jedna wiec pozycja, i to doskonała w treści i
formie, to prawdziwy ewenement.
W „Without vodka” Aleksander Topolski relacjonuje dokładnie
trzy lata swego bardzo młodego wówczas życia.
Wspomnienia jego zaczynają się otrzymaniem karty
mobilizacyjnej 24 sierpnia 1939 roku (s.3), a kończą się
ewakuacją z sowieckiego Krasnowodska do perskiego Pahlevi w sierpniu
1942 roku (s.378-382).
Tok narracji Topolskiego jest wartki, a postaci, wydarzenia,
sytuacje przedstawione są tak plastycznie, że czytelnik widzi je
„jak żywe”.
Topolski został aresztowany przez Sowietów przy przekraczaniu
granicy Rumunii (s.410. Tak zaczęła się jego sowiecka odyseja:
najpierw tułaczka po więzieniach, potem łagier,
wypuszczenie na wolność po umowie Sikorski – Majski z lipca
1941, wreszcie dramatyczna wędrówka do polskiego wojska.
Dzieje Topolskiego były typowymi losami setek tysięcy
Polaków. Opowiadanie o nich
– ma nietypowy, bardzo oryginalny charakter.
Autor od początku do końca książki, na każdej
niemal stronie hojnie inkrustuje tekst – zdawałoby się ot tak,
mimochodem – mnóstwem anegdot; raz rzewnych, to znów dramatycznych,
kiedy indziej humorystycznych.
Na wybuch wojny reaguje jeszcze zupełnie po szczenięcemu.
Woła do służącej: „Piotrusia! Wojna wybuchła!
Hurra! Nie ma szkoły! Idziemy na wojnę!” (s.7).
Wkrótce jego entuzjazm wojenny został wystawiony na bardzo ciężką
próbę.
Bardzo trudno wybrać przykładowo kogoś z całej
plejady postaci, o których barwnie, plastycznie opowiada Topolski.
Klasyczne „przekleństwo urodzaju”.
Drogą kolejnych eliminacji zdecydowałem się na
Kleina, 15-letniego żydowskiego chłopca, z którym Autor odbywał
podroż więziennym pociągiem z bombardowanego Kijowa do
jednego z łagrow Wiat-Lagu, czyli grupy obozów „miedzy miastem
Kirow (później ponownie przemianowanym na carską Wiatkę) i
Autonomiczną Republiką Komi w dorzeczu rzeki Wiatki” (s.212).
Najpierw dialog miedzy obu chłopcami:
-„Czy ty się modlisz? – spytał mnie spokojnie Klein.
-„Tak – odpowiedziałem. – Dlaczego pytasz?
-„Tobie to dobrze – odrzekł. – Ja nie mogę.
Ojciec powiedział mi, żebym zawsze modlił się głośno,
tak, żeby Bóg wiedział, że nie wstydzisz się modlić.
I on lubi, żeby chwalić Go na cały głos, a nie
mamrotaniem. Ale ja za bardzo
się boję, żeby modlić się głośno.
Urki najpierw będą drwić ze mnie, a potem mnie pobiją.
Zwłaszcza jak usłyszą hebrajskie modlitwy.
Zmówiłem następny dziesiątek Zdrowaś Mario w
myśli. Kilka za małego
Kleina” (s.214).
Stronice wcześniej Topolski wyjaśnia, że „urki”
to kryminaliści, tworzący „blat”, rodzaj mafii – zmora więzień,
transportów i lagrów sowieckich. Nie
dziwota, że sterroryzowali współwięźniów w wagonie
Topolskiego i Kleina, przywłaszczając wodę i jedzenie.
Dzięki zmowie „Kleina, Charytonowicza, Topolskiego i innego
Polaka o litewskim nazwisku Matulajtis” (s.215) udało się
unieszkodliwić urków. Istotną
rolę w tej operacji odegrał właśnie „mały
Klein”. Gdy „pięciu
czy sześciu konwojentów zjawiło się w wagonie dla
przeprowadzenia śledztwa i zażądali wskazania winnych, więźniowie
milczeli. Urki nadal uśmiechali
się. Nagle zrobiło
się małe poruszenie i mały Klein przepchnął się
do przodu przez krąg mężczyzn otaczających konwojentów.
Był błądy na twarzy. Zagryzł
wargę, zrobił pól kroku do przodu, wyciągnął
ramię niemal dotykając piersi herszta urkow. „On!” powiedział
głośno, wyraźnie. I
potem, wskazując palcem innych, powtarzał: „I on. I on. I ten,
co chowa się za Rumunem!”
„Cały wagon myślał, że Klein zwariował.
To było równoznaczne z podpisaniem na siebie wyroku śmierci”.
Konwojenci najpierw wyłoili urkom skórę co się
zowie, potem najgorszych na resztę drogi przenieśli do „karnego
izolatora”. Kilka plotek zostało.
Jeden z nich, kiwając głową, powiedział do
Kleina:
-„Zabiją cię, jak tylko przyjedziemy do łagru.
-„Niech spróbują – odpowiedział mały Klein. –
A jak zabiją, no to co?” (s.216-217).
Budzi podziw wytrwałe „śledztwo” Topolskiego,
prowadzone dziesięcioleciami, by umiejscowić „Romka” Szymańskiego,
który idąc do szpitala, dał mu watowaną kurtkę. „Przez kaprys losu – piesze Topolski – dając mi tę
kurtkę, ocalił tak moje życie jak i swoje.
Ale musiałem czekać pól wieku, by się o tym
dowiedzieć” (s.253-254). Odnalazł
go bowiem dopiero w 1988 roku w Szczecinie.
Tylko w Związku Sowieckim Topolski mógł zostać –
po zwolnieniu z łagru –zastępcą naczelnego inżyniera
elektrowni TES 2 pod Kirowem (s.258).
A już zupełnie surrealistyczny jest opis sporządzenia
przez niego planów „dodatkowej komutacji” dla miasta Kirowa metoda
„łączenia carskich i obecnych rysunków w jedna całość,
posługując się wyobraźnią odnośnie połączenia
linii tak, żeby tworzyły cały plan.
Symbole i trójkąty zapełnione wyssanymi z palca objaśnieniami
miały zakryć nie przystające do siebie części.
Nim ktoś odkryje moją całkowitą ignorancję
na ten temat, upłynie kilka dni, a może i tygodni” (s.265).
Wstrząsające są przytoczone przez Topolskiego dane o
funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości w polskich jednostkach
wojskowych w ZSRS. Już w
Kermine, w wojsku, w drodze na ćwiczenia, niejednokrotnie słyszał
salwy plutonu egzekucyjnego – to rozstrzeliwano skazanych na śmierć
żołnierzy. W 1992
roku w Instytucie Sikorskiego w Londynie udało mi się dotrzeć
do akt sądu polowego w Kerminie
1942 roku. Okazało
się, że między marcem i sierpniem 1942 roku skazano na
śmierć 24 żołnierzy.
Niektórzy byli faktycznie przestępcami, którzy dopuścili
się zbrodni. Ale rozstrzelano jednego za „ukradzenie Uzbeczce szalu,
kurtki z 200 rublami w kieszeni i dzbanka z 2 litrami śmietany”,
innego „za ukradzenie 50 rubli drugiemu żołnierzowi” (...),
„18-letniego rekruta „za dezercję”, to jest 3-dniową
nieobecność w jednostce bez pozwolenia”(...), jeszcze innego
„za ukradzenie do spółki z innymi 143 konserw, a skazańcowi
udowodniono kradzież tylko jednej puszki” (s.356-357).
Topolski opisuje rożne zachowania ludzkie.
Także mało chwalebne.
Podczas wielkanocnego obiadu „garnizonowy kapelan Krol zaapelował
do wszystkich żołnierzy, żeby ofiarowali małą część
swego chleba transportowi małych polskich dzieci, które znajdowały
się wtedy w pociągu, stojącym na stacji Kermine.
Były bez jedzenia od dwóch dni i miały jeszcze do celu
setki kilometrów. Nikt nie
dał nawet kromki” (s.357-358).
Jak podkreśliłem to wyżej, Aleksander Topolski
bardzo starannie weryfikował swoje wspomnienia.
Ale do tekstu mimo to zakradło się kilka pomyłek.
Zwykłym potknięciem pióra jest stwierdzenie, że
Krysia Rutkowska, „przedwojenna sympatia Autora, „została zabita
tam (w Warszawie) przez niemiecki pocisk w pierwszych dniach Powstania
Warszawskiego przeciw Niemcom we wrześniu 1944 roku” (s.27).
We wrześniu był już „półmetek” Powstania.
Wspomniany mimochodem przez Topolskiego „legendarny bohater
hiszpańskiej wojny domowej (s.187) nazywał się nie
Szmuszkiewicz, ale Smuszkiewicz. Generał
porucznik lotnictwa, Jakow Wladimirowicz Smuszkiewicz, dwukrotny bohater
ZSRR, został rozstrzelany 17.10.1941 roku. Niemieckie czołgi wcale jeszcze wtedy nie dotarły
na przedpole Moskwy (s.188). Pod
koniec października znajdowały się około 100 km na
zachód od miasta. Właściwa
bitwa o stolice ZSRR rozpoczęła się 15 listopada 1941.
Topolski o pierwszym dniu wojny niemiecko-sowieckiej pisze, że
musieliśmy czekać do południa, żeby usłyszeć
mowę Stalina do narodu” (s.203).
W rzeczywistości musieli czekać aż do 3 lipca 1941
roku. Jak to opisuje gen.
Dmitrij Wokogonow w 4-tomowej biografii Stalina, katastrofalna klęska
armii sowieckiej wywołała taki w Stalinie „szok psychologiczny”,
że otrząśnięcie się z niego zabrało „Wodzowi”
12 dni (Triumf i tragedija. Politiczeskij
portret I.W.Stalina. Moskwa 1989 Ks. II, Cz.1, s.154-174)
Autor niepotrzebnie powtarza dwa razy tę samą informację
o późniejszej zmianie nazwy Kermine na Nawoj (s.301,339)
Wreszcie płk Leopold Okulicki, dowódca 7DP, wcale nie zniknął
na kilka tygodni po wspomnianym wyżej wielkanocnym obiedzie.
Płk Okulicki „zniknął” dopiero 5 lipca 1943 roku,
bo nazajutrz po tragicznej śmierci gen. Sikorskiego odleciał do
Londynu jako członek delegacji oficerskiej wysłanej na pogrzeb
Naczelnego Wodza przez gen.Andersa (por.Andrzej Przemyski: Ostatni
komendant generał Leopold Okulicki. Lublin 1990, Wyd.Lubelskie,
s.108). Aresztowanie – „zaproszenie
do Moskwy” – 16 przywódców Polski Podziemnej, w tym gen. Okulickiego,
miało miejsce nie w 1944 roku, lecz 27 marca 1945 (Tamże,
s.208).
Warto by także przy następnym wydaniu „Without vodka”
zrobić staranniejszą korektę tekstu, bo wiele w nim literówek.
Po lekturze „Bez wodki” z całym przekonaniem Autorowi „dziękuję
za już i proszę o jeszcze”, to znaczy o zapowiedziany tom
drugi wspomnień Aleksandra Topolskiego. |
|
|
|
|
|
Dr. Jerzy Wojciechowski,
Professor emeritus, Universitet ottawski
Gazeta
Ottawa 23-29 czerwca 2000 Niecodzienna uroczystość1
czerwca wieczorem odbyła się w Ottawie niecodzienna i bardzo
przyjemna uroczystość. Inżynier
B.A. Topolski podpisywał nowe, ale pierwsze komercyjne wydanie swych
wspomnień z pobytu na Syberii: „Without Vodka”.
Czytelnicy „Gazety” mogli się zapoznać z ta niezwykłą
książką dzięki wywiadowi, który o. Guryn przeprowadził
z Autorem.
Półtora miliona obywateli polskich zostało wywiezionych
do Związku Radzieckiego i szereg z nich ogłosiło już
wspomnienia. Wśród tej,
już dość licznej literatury książka
inz.Topolskiego wybija się zmysłem obserwacji, bogactwem zapamiętanych
szczegółów, brakiem nienawiści do ciemiężycieli,
zmysłem humoru i poziomem inteligencji.
Ocenił te wartości kanadyjski wydawca McArthur &
Company w Toronto, podejmując się zapoznania kanadyjskiego
czytelnika z tą książką.
Jest to ważne osiągniecie dla autora i dla Polonii.
Dzięki wspomnieniom autora, kanadyjski czytelnik dowie się
o wydarzeniach , o których Kanadyjczycy nie mają pojęcia.
Oficjalne lansowanie książki było dużym
sukcesem. W eleganckiej księgarni
Nicholas Hoare Bookstore zebrali się licznie członkowie Polonii
i Kanadyjczycy.... Ze strony kanadyjskiej byli m.in. Peter Roberts, były
ambasador w Moskwie i b. Prezes Canada Council, były poseł i
znany dziennikarz Douglas Fisher i Erik Spicer, kierownik biblioteki
parlamentu. Stronę polską
reprezentował ambasador prof. B.Grzeloński z małżonką,
były prezes i obecny wiceprezes KPK dr.inż.J.Zarzycki, prezes
okręgu stołecznego KPK z małżonką, inż.S.Kielar
z małżonką, dr.inż.E.Nowicka, dwie kuzynki gen.Andersa
i wiele innych.
W krótkim, wygłoszonym po angielsku i jak zwykle
inteligentnym przemówieniu, ambasador Grzeloński podkreślił,
że pomimo chęci Polski utrzymania dobrych stosunków z Rosją,
koniecznie jest wypełnianie białych plam w niedawnej historii.
Książka inż. Topolskiego jest cennym przyczynkiem służącym
temu celowi.
Po przemówieniu ambasadora, Autor podpisywał egzemplarze
zakupione przez zaproszonych gości.
Był to wielki sukces, bo Autor podpisał prawie sto książek.
W dodatku, następnego dnia właściciel księgarni
zadzwonił do Autora, prosząc go, aby znów przyszedł do księgarni
podpisać dalszych 25 egzemplarzy.
Sukces książki jest ważny nie tylko dla Autora, który
już dyskutuje nowe wydanie z wydawcą amerykańskim, ale również
dla wydawców kanadyjskich i amerykańskich, bo dowodzi poczytności
polskich tematów. Okazuje się,
że warto publikować polskich autorów.
Inż.Topolski dobrze się przysłużył sprawie
polskiej i należy mu się z to wdzięczność
wszystkich, którym dobre imię Polski leży na sercu.
Jerzy.A Wojciechowski
, Ph.D. prof.emeritus |
|
|
|
|
|
Dr. Andrzej Garlicki, b.
President, Kongresa polskiego w Kanadzie
“Bez
wódki”
Miałem też szczęście spotkać wiele
niezwykle ciekawych osób. Do
takich należy mój – nieco starszy ode mnie – równolatek Dzidek
(Aleksander) Topolski. Poznaliśmy
się z końcem września 1943 r. W ówczesnej Palestynie, w
obozie Barbara, na Kursach maturalnych dla Żołnierzy APW (Armia
Polska na Wschodzie). Obaj
byliśmy wówczas kapralami podchorążymi rezerwy: Dzidek –
łączności, a ja – artylerii.
W PSZ na Zachodzie w czasie II Wojny Światowej można było
być przyjętym do szkół podchorążych mając
ukończonych 6 klas gimnazjalnych starego typu, albo czteroletnie
gimnazjum ogólnokształcące nowego typu.
Skorzystaliśmy obaj z tej możliwości, uzyskawszy w
r. 1939 świadectwo ukończenia gimnazjum ogólnokształcącego,
czyli tzw. „małą maturę”.
Dzidek to konglomerat wielu talentów połączony z jego
gorącym patriotyzmem i religijnością: poczucie humoru,
znajomość języków, lekkie pióro, dar gawędziarski,
dobra pamięć i jeszcze parę innych.
Tylko zazdrościć!
Po latach, w roku 1967, znaleźliśmy się niedaleko
siebie. On mieszka na wsi w
quebeckim Chelsea po drugiej strony rz. Ottawy, a ja tu w samej stolicy.
Siedem lat temu, za namową swej uroczej żony pochodzącej
z Toronto, Joan z domu Eddis, Dzidek zabrał się do pisania pamiętników.
Wynikiem tego jest 1-a cześć jego epopei życiowej,
obejmująca trzy pierwsze lata II wojny światowej: kampania wrześniowo-
październikowa w r.1939, która przetrwał w Horodence, sowieckie
wiezienia i łagry w wyniku nieudanej ucieczki do Rumunii w grudniu
1939 roku i służba w Armii Polskiej
w ZSRR do drugiej ewakuacji poprzez Morze Kaspijskie z sowieckiego
raju do Persji (VIII 1942). Ściślej, do momentu przybicia statku
do portu w Pahlevi.
Z Sowicką
rzeczywistością, i to z jej najgorszej strony, zetknął
się mając dopiero 16 lat. Opisywane
wrażenia, odczuwane przy całym tragizmie i grozie zaistniałych
sytuacji, tchną jednak nutą optymizmu, młodzieńczą
wiarą w przetrwanie i nie rzadkimi dozami dobrego humoru.
To nadało książce rumieniec uroku.
Opisał wszystko doskonałą, gawędziarską
angielszczyzną.
Książce dał tytuł „Without Vodka „ (Bez
wodki). W wyborze tego tytułu
zapewne pomogło mu znane powiedzenie rosyjskie, z którym co krok w
Sowietach spotykaliśmy się: „Bez wódki nie wyklarujesz”.
Książka liczy 424 stron, zdobią ją liczne
szkice Dzidka (ma również dryg w kierunku malarstwa – z zawodu
jest architektem).
Dwa lata temu książka została wydana w nakładzie
200 egzemplarzy własnym sumptem Dzidka. A więc jako wydanie prywatne, niezależne (sef-published).
Całość rozeszła się w „try miga”.
I tu w świecie wydawniczym zaistniał fenomen, zauważony
i podjęty przez prasę kanadyjska. Książka Topolskiego wpadła w oczy torontońskiej
agencji (Bukowski Agency) zajmującej się wyszukiwaniem książek
zdatnych (tzn. z dobrymi możliwościami zrobienia na nich
interesu) do druku, jakkolwiek z reguły książki wydawane
prywatnie (rynek księgarski jest nimi zatrzęsiony) są uważane
jedynie jako oznaka próżności ich autorów.
Nazywają je „vanity books”. Agencja zainteresowała
książka Dzidka znaną torontańską firmę
wydawniczą (McArthur&Company Publishing).
Cala maszyneria wydawnicza poszła z miejsca w ruch i w tym
(2000) roku ukazało się drugie wydanie „Without Vodka” i to
w dużym nakładzie. Zareprodukowano
parę ciekawych zdjęć; szkoda jedynie, że kosztem
rysunków Dzidka.
Lancement tego nowego wydania miało miejsce 1-ego czerwca bieżącego
roku w prestiżowej księgarni ottawskiej (Nicholas Hoare
Bookstore) w obecności wielu znanych lokalnych osobistości
polonijnych oraz anglo i franco kanadyjskich, z ambasadorem RP w Kanadzie,
prof. Bogdanem Grzelońskim na czele.
Przy tej okazji można było nabyć książkę. Dzidek zasiadł przy osobnym stole i wpisywał każdemu
dedykacje. A na tym stole,
oprócz sporego stosu książek, stała butelka wódki z
gorzelni Smirnoff, ale zakorkowana. Sprzedaż
„Bez wódki” z wódką dobrze poszła... Dr. Andrzej Garlicki |
|
|
|
|